środa, 23 grudnia 2015

Cóż...

Chcę poinformować, że na razie zawieszam bloga. Nie mam przekonania, co do tego opowiadania, jeśli mogę tak powiedzieć.
Dziękuję wszystkim, którzy się tu kiedykolwiek pojawili. Za to, że odwiedzili mojego bloga.
Przepraszam wszystkich, którzy poczują się zawiedzeni.
Nie kończę całkowicie "tego", ale też nie obiecuję, że będę kontynuować. Zostawiam sobie możliwość powrotu, co nie oznacza, że na pewno wrócę.
Skończę klasycznie już, pozdrawiając Was wszystkich i każdego z osobna.

piątek, 20 listopada 2015

Cholerne myśli

Przepraszam, że długo mnie nie było. Z góry ostrzegam: mam wrażenie, że momentami Amber w poniższym rozdziale może uchodzić za lekko szurniętą, ale jeśli spojrzycie na jej myśli z punktu widzenia artysty z filozoficznymi zaciągami- powinno być dobrze. Liczę na Wasze opinie. Miłego czytania.




  Moje szpilki są cudowne. Czarne, na czubkach mają namalowane krwistoczerwone usta. Wyglądają wyjątkowo na moich nogach, dodając mi wzrostu, którego spory zapas i tak już mam. Dodatkowo jestem szczupła i ogólnie bardzo ładna. Grzeszę inteligencją oraz zaradnością. Do cholery jasnej, jestem zbyt wspaniała, by płakać przez tego idiotę!
  Wszelkimi siłami powstrzymuję łzy, zaciskając palce na kierownicy. Jestem silna, nie potrzebuję odreagowywać płaczem. Mam za ładny makijaż, żeby go rozmazać. Cholera jasna! On nie jest tego wart! Nienawidzę go!
  Może trzeba było go przynajmniej odwieść do szpitala? Przecież ten głupek sobie nie poradzi. Jest taką ofiarą, że pewnie nie ma nawet pojęcia, gdzie kupuje się bilet autobusowy. Ale, nawet jeśli, to jego problem. Zasługuje na to! A ja zasługuję na lepsze traktowanie.
  Może popadam w lekkie samouwielbienie, lecz jest to w pełni uzasadnione. Muszę się jakoś powstrzymać przed płaczem. Nie zapłaczę! Będę się wściekać, przeklinać, wyzywać go, ale nie zapłaczę! Dam radę.
  Roztrzęsienie bierze górę nade mną; kierowanie pojazdem sprawia mi pewną trudność. Zjeżdżam więc na pobocze i wysiadam z auta. Trzęsącymi się dłońmi zapalam papierosa. Porządnie się zaciągam, a wypuszczając dym, pozwalam również mym myślom odfrunąć wraz z lekkim, mroźnym wiatrem. Co zrobić? Pojechać do mieszkania, wyrzucić jego rzeczy i zostać tam, pogrążając się w smutku? Może lepiej zabrać swoje rzeczy, a potem uciec do domu rodzinnego. Właściwie, dawno nie widziałam taty; zdążyłam się już za nim stęsknić. Mój tatuś zawsze wie co powiedzieć, umie wysłuchać, nie naciska. To dobry pomysł. Wracam do domu.
(***)
  Nie pakowałam się długo, bo spieszyłam się do wyjazdu. Zabrałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Teraz jadę autem po gładkiej, asfaltowej drodze za miastem, rozwijając coraz większą prędkość. Uwielbiam szybką jazdę. Często dostaję mandaty, wielu ludzi narzeka na mnie jako na kierowcę; boją się ze mną jeździć. Na ich miejscu pewnie robiłabym to samo.
  Jak niezwykle wygląda krajobraz rozmazujący się za szybą. Gęsto rosnące drzewa, które gubią powoli liście, tworzą tajemniczy labirynt z kory, zieleni oraz brązów. Niebo jest pokryte gęstymi, szarymi chmurami, z których zaraz zacznie padać deszcz. Kłębią się, płyną po niebie, wpadają jedna na drugą. Przypominają mi tłum kobiet przed sklepem z markową odzieżą, w którym jest świąteczna przecena. Klną, przepychają się, nie pamiętają o kulturze osobistej, którą CHYBA na ogół posiadają. Ostatecznie i tak większość złapie gówno, które zostanie na półkach po pierwszej fali krwiożerczych zakupoholiczek, więc po co zachowywać się jak prymitywy?
  Senna atmosfera jest wszędzie wokół mnie. Dosłownie. Unosi się w ciężkim, wilgotnym powietrzu, które, mam wrażenie, przygniata samochód, zamykając mnie w puszce- więzieniu. Przesadzam? Tak. Wariuję? Zapewne. Czy mnie to przeraża? Niezwykle mocno. Tak bardzo, że zatrzymuję auto, wychodzę i siadam na poboczu, pozwalając, by łzy uleciały z zamglonych oczu, a potem, bezlitośnie rozmazując tusz, spłynęły po moich policzkach. Boli. Boli mnie powietrze opierające się na moim ciele i rozsadzające mi płuca od wewnątrz. Nie mam pojęcia, co się dzieje. Czuję tylko ból- pieprzony ból istniejący jedynie w mojej podświadomości. Go tak naprawdę nie ma, ale odczuwam jego wpływ na moją istotę.
  Jedyne, czego chcę, to by James mnie objął; otoczył ramionami i nie puszczał. Mógłby mnie połaskotać, nie dać się wyrwać. Pragnę czuć jego dłonie na moich biodrach oraz ciepło jego warg na moich ustach.
  James, trafiłeś do szpitala? A może poszedłeś poćpać z 'kolegami'. Ty sukinsynie! Pewnie pokazałeś im drobne ode mnie i pożaliłeś się, jaka ze mnie jędza.
- Nienawidzę cię! Słyszysz! James! Nienawidzę cię! Jesteś najgorszym, co mnie w życiu spotkało!- krzyczę, licząc na to, że on zdoła mnie dosłyszeć; potem odwrzaśnie i będziemy się kłócić. Kłócić na odległość. Będzie tak, jak zawsze. Co z tego, że zazwyczaj kłócimy się, stojąc może z 3 metry od siebie? W rzeczywistości dzielą nas setki mil. I, jak zawsze, jedynym, czego będę pożądać, będzie jego silny uścisk- jedyne, co sprawia, że czuję się bezpiecznie, będąc tak daleko od rodzinnego domu i mojego taty. Bo jeśli James'a nie ma blisko, wszystko jest nie takie, jakie być powinno.
  Odkąd skończyłam 16 lat- dokładnie od dnia, w którym umarła moja mama- nie czuję się dobrze nigdzie, poza niewielkim domem porośniętym bluszczem, stojącym na brzegu ogromnego jeziora położonego w północnej Anglii. Czerwona cegła złośliwie nazywana przez moją mamę "rewolucyjną" (gdy byłam mała, wmawiała mi, że ten budulec pochodzi z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej i tworzył kiedyś Bastylię) idealnie wkomponowuje się w zieleń otaczających ją drzew. Jeśli człowiek przedrze się przez gęstwiny tego, należącego do mojej rodziny od kilku pokoleń lasku, dotrze na rozległe łąki służące do wypasu owiec. Porośnięte trawami, teraz będą mieć pomarańczowy odcień. Jeśli jeszcze nie zgniły. W końcu co chwilę pada. Jeśli jednak będę mieć szczęście, ujrzę ogniste połacie skubane przez spasione owce. Jako pięciolatka czasem dawałam tym chmurkom na czterech kopytach suchy chleb. Szczerze, nie mam pojęcia, czy to zdrowe dla ich żołądków. Cieszyłam się, że jedzą coś, co im przynoszę.
 Wsiadam z powrotem do pojazdu. Amber, czas wziąć się w garść! Nie będziesz ryczeć przez tego dupka. A nawet jeśli, to nie teraz- wpierw trzeba dotrzeć do domu. Wtedy też płakać nie będę, bo jeśli tata zobaczy, że coś jest nie tak, złapie sekator, wsiądzie na swojego nieujarzmionego Harleya i odnajdzie James'a choćby na drugim końcu świata, by wykastrować go w nieszczególnie sterylnych warunkach, sycząc do ucha: "Mojej córeczki się nie krzywdzi". Tak, to właśnie mój tata. "Cool Tata", jak to sam wymyślił. Naprawdę! "Cool Tata". Chyba nawet ma taką koszulkę.
  Kręcę głową z uśmiechem na ustach, szepcząc pod nosem:
- Cool Tatku, stęskniłam się.
Silnik wydaje ciche burknięcie. Czas ruszać.
(***)
  Mam wrażenie, że świat umiera. Każdy usychający liść, zgniłe źdźbło trawy- wszystko jest swego rodzaju zapowiedzią końca. Zaraz nie będzie już nic. Życie zniknie, bo przyjdzie zima. Odbierze każdemu słabszemu osobnikowi dech z piersi. Tylko najsilniejsi zdołają ochronić się przed kradzieżą. Dotychczas udawało mi się to przetrwać, bez większych problemów. Jednak co roku obawiam się, że coś pójdzie nie tak. Na razie zapowiada się na katastrofę. Zbliża się zima, a ja rozstałam się z chłopakiem. Jedna z dziewczynek będących pod opieką fundacji, w której działam, zmarła z głodu w przydrożnym rowie w Afryce. Niedawno sprzedałam obraz, za który pieniądze miały zostać przesłane do oddziału fundacji na Czarnym Lądzie. Ale pojawiły się kłopoty. Kłopoty, które skończyły się śmiercią kilkunastu dzieciaków z różnych miejsc. 
  Jakby tego było mało, Stephanie jest chora. Boże, co?! Nie może być chora. To niedorzeczne. Przecież... Och, Stephanie! Ta niewinna, grzeczna, zagubiona i skryta dziewczyna. A jak ładnie gra. Musi mieć talent po mamie. Cały czas skrywa to, że źle jej w takim życiu, jakie prowadzi. Całkiem dobrze, chyba nikt się nie domyślił prawdy. Dobra, ja się tego dopatrzyłam, ale tylko dlatego, że znam jednego psychologa pasjonującego się swoją pracą. On gada tylko o niej! Nie da się nie nauczyć rozpoznawać ludzkich zachowań, jeśli przebywa się w jego towarzystwie!
  Przymykam oczy, chcąc uspokoić myśli. Rzecz jasna, gówno z tego wychodzi! Ugh, pieprzone rozmyślanie! Kieruję, powinnam się skupić na drodze. Nie mam zbyt dobrej podzielności uwagi i boję się spowodować wypadek. Otwieram oczy, pełna złości.
- Jezu...- szepczę, widząc pogruchotane volvo z naderwanym bagażnikiem i urwanymi tylnymi drzwiami. Wokół przebitej przedniej opony wala się potłuczone szkło. W resztkach przedniej szyby utkwiony jest fotel pasażera. Matko, jak on się tam znalazł?!
  Krew. Wszędzie: na szybie, tapicerce, trawie, drodze. Oprócz tego z pół tuzina samochodów policyjnych. Karetek nie ma, ofiar z resztą też. Wnioskuję, zapewne słusznie, że jadą bądź są już w szpitalu.
  Jeden z policjantów macha przed moim pojazdem "lizakiem", kierując mnie na sąsiedni pas. Jestem jedyną osobą przejeżdżającą przez te opustoszałe okolice. Gdy wyprzedzam zmasakrowany samochód, widzę, że w przydrożnym rowie znajduje się drugi samochód. Nie jestem w stanie zidentyfikować marki- zniszczenia są zbyt rozległe.
  Po oddaleniu się od miejsca wypadku przymykam powieki tak silnie, że czuję ból. To od razu przywraca mnie do rzeczywistości. Przez głowę przebiega mi myśl, za którą momentalnie się karcę, ale poczucie winy pozostaje moim towarzyszem jeszcze przez dłuższy czas: "Być może Stephanie nie będzie odchodzić z tego świata samotnie. Pasażer volvo pewnie już toruje jej drogę do innego świata". To jedna z tych myśli, które przychodzą same. Nie można ich przewidzieć, nie da się ich kontrolować. Zawsze wiedzą, kiedy przyjść, by dobić człowieka. Albo wywołać w nim wyrzuty sumienia. Ach, te cholerne myśli...

sobota, 19 września 2015

Najlepsza kumpela

Drodzy Czytelnicy!
Przepraszam Was za długą nieobecność. Pochwalę się jednak, że po części wynikała ona z mojego wyjazdu do Włoch i Francji, a przy okazji innych krajów, przez które przejeżdżałam. Miałam szansę wygrzać się na Laurowym Wybrzeżu, popływać w cudnej wodzie i zobaczyć niezwykłe miejsca.

Dodatkowo zaczęła się szkoła, a trzecia klasa gimnazjum ma swoje potworne wymagania (testy, przygotowania, wszechobecna gorączka przedtestowa, itd.), więc posty mogą pojawiać się rzadko. Przepraszam z góry.

Wybaczcie za błędy, ale tego rozdziału nie sprawdzę ('późno już', 'nie chce mi się', itp.), przynajmniej na razie. Będę wdzięczna za napisanie mi w komentarzach, co było nie tak. Chyba domyślicie się, czyja to narracja:) Miłego czytania.
Pozdrawiam gorąco =]
__________________________________________________


  Nie wiem czemu, ale schowałam papierosa od Noah'a do portmonetki i trzymam go tam wciąż, nosząc wszędzie ze sobą. To niezwykle dziwne. Rozumiem zdjęcie czy numer telefonu, ale papierosa?! Naprawdę próbowałam włożyć go do paczki zwykłych fajek, ale on tam nie pasował. Za bardzo się wyróżniał. Czułam, że muszę mu znaleźć specjalne miejsce. I trafiło na portmonetkę, którą zawsze ciągam ze sobą. To takie przyzwyczajenie. Ojciec uczył mnie, że zawsze mam mieć przy sobie choćby drobną sumę pieniędzy na wszelki wypadek.
  Siedzę na podłodze mojego pokoju, wpatrując się w sufit. W dłoni ściskam portfelik z cenną zawartością. A co gdybym zapaliła sobie tego magicznego szluga? Rozważam za i przeciw, uporczywie karcąc się myślą, że jeśli wypalę go teraz, stracę na zawsze ten mały skarb. Z drugiej strony jednak, moje usta krytycznie wręcz pragnęły poczuć ten smak. Nie chodziło oczywiście o smak papierosa. Miałam przecież jeszcze pół paczki innych. Tu chodziło o coś więcej. Podświadomie utożsamiałam fajkę z Noah'em. I tak naprawdę to chcę poczuć jego usta na moich.
  Zamykam oczy i chwilę nie myślę o niczym. To naprawdę trudne, gdy ma się miliard myśli na sekundę. Gdy otwieram oczy, decyduję się zapalić mój skarb.
  Wydaje mi się, że czuję rękę Noah'a obejmującą mnie w pasie oraz jego oddech na moim karku. Przeszywa mnie dreszcz. Boże, tak bardzo chciałbym być teraz obok niego. Boli mnie to, że w rzeczywistości nic dla niego nie znaczę, a jedyne, co mi pozostaje to wyobrażenie, że on odwzajemnia moje uczucie. Uwielbiam się oszukiwać w ten sposób. Oddychać głęboko i mieć wrażenie, że eksploduję, jeśli zaraz nie spojrzę w jego oczy.
  Kończę szluga i wsłuchuję się w ciszę domu. Nie słychać tu nigdy radia grającego w kuchni jak u Stephie. Nie słychać rozmów szczęśliwego małżeństwa, jakimi są rodzice większości moich znajomych. Tu jest albo cisza, albo wrzeszczący telewizor. Skoro nie słyszę wycia kolorowego pudła, ojciec albo wypełnia jakieś lewe papiery, albo eksperymentuje z nowym przepisem na drinka.
  Do moich oczu napływają łzy. Dziś nie jest dobry dzień na siedzenie w domu. Czuję się samotna. Zwykle, gdy zdarzała się podobna sytuacja, uciekałam do mojej najlepszej przyjaciółki i spędzałyśmy noc na maratonie filmowym. Dziś nie mam gdzie pójść. Znaczy, pozostaje mi jeszcze co najmniej pięć koleżanek, u których mogę nocować, ale jedyną osobą, z którą chcę być, jest właśnie Stephanie. Ciekawe, co u niej. Śpi? A może patrzy w biały szpitalny sufit? Może płacze? A może uśmiecha się podróżując po krainie Morfeusza?
  W pewnym momencie zrywam się z podłogi, szybkim krokiem docieram na parter domu. Na korytarzu zakładam buty oraz kurtkę i wychodzę bez słowa, lekko trzaskając drzwiami. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, co robił lub gdzie w ogóle był ojciec. Ruszam szybkim krokiem przed siebie, lecz nie mam pojęcia dokąd chcę dotrzeć. Chyba się niecierpliwię, ale czym? Rozglądam się nerwowo. Miasto wygląda martwo. Jest ciche, ciemne, uliczne lampy niewiele dają. Mijając całe szeregi domów, czuję ogromną zazdrość. Ludziom w tych domach jest ciepło, są bezpieczni i szczęśliwi. Ja zaraz zacznę płakać, a potem mnie zamordują w ciemnej uliczce i zostawią moje zmarznięte ciało na chodniku. Przy okazji zabiorą 'drobną sumę pieniędzy na wszelki wypadek'. Matko, ale mam dzisiaj zły humor.
  A może pójdę na Rainbow Street? To dzielnica nastolatków, klubów dla homoseksualistów i miejscowego gangu. Właściwie to całkiem niezły pomysł. Kupię trochę marihuany od jednego z podwładnych Noah'a, wpadnę w wesoły trans i przeliżę z jakimś gejem na haju. Będzie zabawnie. Może jutro w internecie znajdę swoje rozbierane zdjęcia, na których tańczę w grupie lesbijek. Dobrze, mogę być uznana za biseksualną. Albo nawet za transwestytkę, jak domaluje sobie wąsy i z cygarem w ustach obejmę dwie wychudzone gimnazjalistki. No przecież mogę. Jestem nastolatką i muszę korzystać z życia, czyż nie?
  Dziarskim już krokiem idę na północ, z jasnym zamiarem zmarnowania sobie życia. Tak, dokładnie to powiedziałam. Zamierzam zostać na tej brudnej uliczce i do końca swych dni biegać od jednego klubu do drugiego. Ale będzie zabawa!
  Idę wciąż pod górę, zaczyna mnie to już męczyć. To durne miasteczko w końcu nie jest aż takie małe. Co ciekawe, słynie z niezwykłej tolerancji, ale to można wywnioskować z ulicy klubów dla homoseksualistów. Pozwolenia na takie bary to jedno, ale zgoda na zapuszczanie się nastoletnich dzieci w takie miejsca? Oczywiście, że ich nie ma. Właśnie dlatego tyle młodych osób tam chodzi. To wyraz buntu.
  Docieram do zakrętu na Independence Street, skąd już tylko dwie minutki szybkiego marszu i dotrę na miejsce. Mijam sklep za sklepem, tworzące ciekawy szereg: spożywczak, ciuchlandia, spożywczak, ciuchlandia, itd. Dopiero za skrzyżowaniu z ulicą będącą moim celem pojawia się następstwo od wcześniejszego szlaczku, a mianowicie sklep z chemią domową. Podświadomie czuję zapach proszku do prania.
  Nogi same mnie niosą w największy tłum na Rainbow Street. To z początku była Prisoners Street, ale nazwa została zmieniona stosownie do zastosowania. Grupa, w której już po chwili się znajduje, tłoczy się przed klubem o dziwnej nazwie Come and Go. Zawsze wydawała mi się ona bez sensu.
  Trochę trwa, nim dopcham się do wejścia. Wśród setek twarzy rozpoznaję Dolly, dziewczynę z mojej klasy. Krzyczę jej imię, a ona natychmiast reaguje. Po dłuższej chwili docieramy wspólnie do drzwi wejściowych, przy których stoi strażnik. Facet pilnuje, by do klubu wchodzili jedynie ludzie o wiadomej orientacji. Właściciel postawił go tu, bo wcześniej do baru wchodziło za dużo nastolatków wszelkich orientacji i cała atmosfera klubu znikała.
- Cześć Barry!- wrzeszczę, przekrzykując tłum.- Możemy wejść?
Zawsze, gdy chcemy wejść do Come and Go, wraz z Dolly udajemy parę. Teraz ona obejmuje mnie w pasie. Zawsze działa. Barry, strażnik klubowy, otwiera drzwi i wpuszcza nas do długiego, ciemnego korytarza, ze ścianami obitymi czerwonym aksamitem. Idziemy równym krokiem, mijamy jakieś dziewczyny, które 'połykają się' przy ścianie i w końcu docieramy do głównego pomieszczenia, znajdującego się pod poziomem ulicy, więc by dostać się na parkiet trzeba zejść po stalowych schodkach wyglądających jak schody pożarnicze. Ściany sali wyłożone są przybrudzonymi cegłami. W koło wiszą czarno- białe plakaty przedstawiające ulice Nowego Jorku. Bar jest przy zachodniej ścianie, naprzeciw niego- toalety. Z głośników leci muzyka disco z lat 80, na parkiecie jest bardzo tłoczno. Właściwie to jak w mrowisku. Ale to tylko drobna różnica.
  Dolly ciągnie mnie na parkiet. Ona uwielbia tańczyć, ja nie koniecznie. Znaczy, lubię to, ale bez przesady. Wirujemy przez dwie piosenki, potem jednak zostawiam ją otoczoną przez trzy krótkowłose, niskie, niezwykle ładne dziewczyny, które są do siebie podobne aż za bardzo. Kieruję się do baru, w którym zamawiam drinka. Barman jak zawsze pyta mnie o dowód, więc podaję mu fałszywe dokumenty. Mam dwa dowody- według jednego jestem siedemnastolatką, a według drugiego- osiemnastolatką. To bardzo pomocne, tylko muszę się pilnować, by nie wyciągnąć fałszywki kupując bilet w autobusie.
- Mohito, jak zawsze- mówię.
Wypijam go, potem następnego i jeszcze jednego, przyglądając się stłoczonym tu ludziom. Kipią pożądaniem. To widać w każdym z nich. Zamawiam szkocką, a barman unosi brew, pytając:
- Mieszamy?
Patrzę na niego morderczym spojrzeniem. Mężczyzna robi co do niego należy i odchodzi ode mnie, zajmując się innymi klientami.
  Gdzie członkowie gangu?! Gdzie moje narkotyki?! Przyszłam tu się odurzyć, a jak na razie mam tylko alkohol. Mam jednak inne zmartwienie. Póki jeszcze myślę logicznie, muszę się jakoś zmyć, zanim barman upomni się o zapłatę. 'Drobna suma pieniędzy na wszelki wypadek' nie starczy na pokrycie rachunku. Sprawdzam, co robi facet za barem, jednocześnie szybko wypijając trunek. Gdy widzę, że schyla się pod blat, zeskakuję z wysokiego krzesełka i wbiegam w tańczący tłum. Chyba zaczynam czuć skutki mieszania alkoholi. Szlag, kręci mi się w głowie od tego wszechobecnego smrodu potu. Ktoś mnie popchnął. Ktoś inny na mnie wpadł. Jeszcze ktoś upadł tuż przed moimi stopami. No ludzie!
  Cudem docieram do łazienek. Gdy dopadam ściany, robi mi się nienaturalnie wesoło.
- Ale mam słabą głowę do chlania- śmieję się.
Widzę, jak w ciemnym kącie pewien facet ubrany cały na czarno podaje mały woreczek z jedną jedyną tabletką mężczyźnie z dekoltem do połowy piersi. Zaczynam uważnie przyglądać się dilerowi, który potrzebuje całej pół minuty by to zauważyć i zrozumieć moje intencje. Podchodzi i pyta:
- Czego ci trzeba?
- Masz marihuanę?- mówię, chichocząc.
- Wesoła z ciebie laska- mówi, po czym sięga do wnętrza skórzanej kurtki.
Wydobywam z kieszeni 'drobną sumę pieniędzy na wszelki wypadek', by zapłacić za narkotyk. 'Sprzedawca' krzywym okiem patrzy na sumę na mojej wyciągniętej dłoni, ale po chwili odpuszcza i odbiera banknoty. W zamian podaje mi woreczek z suszem i, gratisowo, bibułkę, za co jestem mu niezwykle wdzięczna. Już mam odebrać towar, aż tu nagle czyjaś ręka uderza w dłoń mężczyzny, na co ten automatycznie zaciska palce.
- Hej- krzyczy i chyba chce coś dopowiedzieć, ale milknie, gdy po podniesieniu wzroku widzi, czyja ręka go uderzyła.
- Co ty robisz- mówi wściekły Noah.
- Handluję- odpowiada ze skruchą diler.- Tylko handluję, jak zawsze.
- To teraz obróć się, odejdź i handluj dalej, zapominając raz na zawsze o chociażby próbie ubicia targu z nią, jasne?
- Jasne.
- Ej!- wtrącam się.
- Cicho!- rozkazuje Noah.
Tępieje. Nie wiem, co zrobić. Mam ochotę go uderzyć. Będzie mi rozkazywał, jeszcze czego.
- Sam bądź cicho!- krzyczę.- Albo towar, albo pieniądze! Oddawaj forsę!- zwracam się do dilera, który jak głupi patrzy najpierw na mnie, potem na swojego przywódcę. Gdy tamten kiwa głową, dostaję banknoty z powrotem.
  Czekam, aż odejdzie, po czym wyrzucam z siebie:
- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz?!
- Nie pozwolę ci ćpać- odpowiada spokojnym już tonem.
- Czemu?- przekręcam głowę. Chyba wariuję. Albo to on świruje.
- Bo nie pozwalam ćpać osobom ważnym dla mnie.
Nogi się pode mną uginają. Dosłownie. Lecę na ziemię. Na szczęście Noah mnie łapie. Ma minę, z której nic nie mogę wyczytać.
- S-s-s-s-serio?- chyba się trzęsę.- Mó-ówisz serio?
- No jasne- jego głos jest taki kremowo wspaniały.- Nie każdy podzieliłby się ze mną papierosem. Poratowałaś mnie jak najlepsza kumpela.
Stawia mnie do pionu i puszcza, a ja ląduje na podłodze, nim on zdąża zareagować.
- Melanie!- krzyczy.- Wszystko w porządku?!
- Tak. Przecież jestem jak najlepsza kumpela. Im nigdy nic nie jest- uśmiecham się szeroko, krwawiąc w środku.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Wiem, o czym mówię

Bez urazy dla osób, które wysunęły swoje propozycje co do narracji, ale zdecydowałam się jednak na Stephie. Chyba wypada udzielić jej głosu.
__________________________________________________________________
  Patrzę na trzęsące się z wściekłości dziecko, które za wszelką cenę pragnie dostać z powrotem swoją piłkę. Problem polega na tym, że jego mama nie może mu jej zwrócić. A przynajmniej nie w stanie, w jakim jest pożądana. Cienki, nieodporny na przekłucia materiał łatwo nabił się na kolec kaktusa, by po chwili wypuścić z wnętrza piłeczki całe zebrane w niej powietrze. I po zabawie.
  Oczy chłopca wypełniają się łzami, jego policzki rumienią się, nos również przybiera kolor czerwieni. Krzyk malucha roznosi się po całym korytarzu, w którym znajdują się różne, kompletnie obce mi osoby, w tym samo dziecko i jego zawstydzona matka. Na kremowych ścianach powieszono masę różnokolorowych rysunków stworzonych przez dzieci z tego oddziału. Kaktus- zabójca piłki stoi na parapecie wysokich okien. Wpada przez nie masa ciepłego światła słonecznego. 'Stęskniłam się za tobą'- kieruję swoje myśli do słońca. W tej części Anglii rzadko zdarza się taka ładna pogoda. Wykorzystuję to, że siedzę na krzesełku naprzeciwko okna i wystawiam twarz do światła. Cudowne ciepło pada na moją skórę, pieszcząc moje zszargane przez ostatnie wydarzenia nerwy. Byłoby idealnie, gdyby nie krzyki chłopca.
- Mamo! Oddaj mi ją! Byłem grzeczny! Chcę moją piłkę!
Jeśli mam wyliczać, co jeszcze mi przeszkadza, mogę wspomnieć o dwóch babciach, które plotkują o tym, jak to matka krzyczącego dziecka źle wychowuje swojego syna i pozwala mu na taki brak szacunku wobec uszy starszych ludzi. Kobiety siedzą tuż obok mnie i chyba myślą, że szepczą, ale w rzeczywistości krzyczą do siebie, bo ich słuch już trochę szwankuje. Właśnie przez nie ofiara obgadywania jest tak zawstydzona i próbuje uspokoić syna.
  Szkoda mi jej. Kojarzy mi się z Melanie, która pewnego razu nie mogła poradzić sobie z pięcioletnią córką swojej sąsiadki, u której robiła za nianię. Wciąż pamiętam, jak z pomocą mojej mamy zabawiała dziewczynkę. Później razem gotowały jej kaszkę mannę. Patrzyłam wtedy z rozbawieniem na widok czerwonej ze złości pięciolatki z talerzem białego dania mlecznego pod nosem. Melanie użyła wszystkich swoich zmyślnych zabiegów językowych, by skłonić dziecko do spróbowania. Na szczęście po zapchaniu się jedzeniem mała przestała jęczeć.
  Siedzę na tym głośnym jak na szpital korytarzu, czekając na 'konsultację z lekarzem', jak to fachowo określiła przysadzista pielęgniarka w miętowym stroju, która poinformowała mnie, gdzie mam się udać i w jakim celu. Podobno będzie to mój lekarz prowadzący, jakieś pół godziny temu został mi przydzielony. A może to ja zostałam mu przydzielona. Te określenia nie podobają mi się, gdyż pierwsze skojarzenie, które mi nasuwają to woźnica i przydzielony mu koń, którego prowadzi podczas jazdy dorożką. Nie lubię tego, że ludzie wykorzystują te zwierzęta do ciągnięcia pojazdów. Wolę wizję wolnego mustanga pędzącego wśród prerii niż konia męczącego się z ludzkimi zachciankami przyjemnej, romantycznej jazdy starodawnym pojazdem.
  Czuję lekkie znudzenie, ale zduszam w sobie to uczucie. Muszę się skupić, czeka mnie poważna rozmowa. Pewnie jakiś starszy gość zechce łaskawie wyjaśnić mi każdy szczegół związany z moją chorobą, zapewne użyje też różnych, niezrozumiałych dla mnie łacińskich sformułowań. Jak na filmach. Cudownie.
  Z drugiej strony chyba cieszę się na tą rozmowę, bo czuję, że potrzebuję usłyszeć od kogoś zimne, czyste dane. Jestem rozchwiana emocjonalnie i nie życzę sobie, by ktoś eksplodował troską i współczuciem wobec mnie. Chcę czegoś stabilnego, może nawet obojętnego. Wiem, że jeśli dostanę choćby odrobinę uczucia, rozkleję się na dobre. Teraz utrzymuję emocje pod maską 'wszystko w porządku'.
  Jedne z wielu białych drzwi otwierają się i wychodzą przez nie moi rodzice. Nie dziwi mnie to, bo zostałam powiadomiona o tym, że lekarz chce jeszcze porozmawiać z nimi. Uśmiecham się do nich najpiękniejszym udawanym uśmiechem, na jaki jestem w stanie się zdobyć. A co tam, niech myślą, że wszystko ze mną w porządku, że jest dobrze. Tata odpowiada mi szczerym uśmiechem, mama tylko koślawo unosi kąciki ust. W jej oczach nie ma jednak ani śladu łez. To trochę dziwne, bo spodziewałam się ujrzeć jej czerwone od płaczu oczy.
- Kochanie, pan doktor cię prosi- mówi tata, a gdy wstaję, nachyla się i szepcze mi do ucha- Nie martw się, będzie dobrze.
Dziękuję uśmiechem. Ten jest jednak szczery. Szczerze dziękuję, o wcale nie znaczy, że czuję się lepiej. Po prostu jestem wdzięczna za troskę.
  Wkraczam do przytulnego pomieszczenia utrzymanego w odcieniach żółci i stonowanej zieleni. Małe biurko stoi na przeciwko drzwi wejściowych. Za nim, na wysokim fotelu siedzi hipster. Krótka broda, dłuższe włosy związane w niewielki koczek z tyłu głowy, duże okulary. W duchu chichoczę na ten widok. Mężczyzna wstaje, ukazując mi swój niecodzienny wzrost. Zadzieram głowę do góry, by spojrzeć mu w twarz. Szeroki uśmiech oraz młodość i rześkość bijąca z jego postaci zaskakują mnie. Wyciąga do mnie dłoń, którą niepewnie ściskam i potrząsam.
- Spokojnie, nie gryzę- mówi niskim, wesołym głosem.
Nie tego się spodziewałam. Ale to nic. Wystarczy przykleić wytrenowany uśmiech na twarz i udawać ogarniętą dziewuszkę, której można powiedzieć wszytko, kompletnie nie przejmując się jej reakcją.
  Stoję w miejscu jak słup soli, wciąż potrząsając dłonią lekarza, a on, jakby usiłując wyrwać mnie z transu, mówi:
- Może usiądziesz, Stephanie?
Wskazuje na kanapę stojącą przy wschodniej ścianie pokoju. Kremowa, malutka i urocza. Wygląda na wygodną. Puszczam rękę doktora, siadam na jednej połówce sofy, a hipster spoczywa na drugiej.
- Nazywam się Michael Wood. Jestem onkologiem, ale to już wiesz. Może i wyglądam młodo, ale nie martw się, mam wystarczające doświadczenie, by zająć się tobą. Może teraz ty powiesz mi coś o sobie? Jak na razie znam tylko twoje imię i nazwisko, ale kompletnie nic mi one nie mówią- mówi, patrząc mi w twarz.
- W takim razie: nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie pełnym imieniem i nazwiskiem; preferuję Stephie, ale w pana przypadku dobre będzie Stephanie. Jestem uczennicą liceum, zaraz skończę osiemnaście lat- wymieniam. Czuję się jak na jakiejś spowiedzi. Nawet nie wiem kiedy zapędzam się za daleko i mówię:- Jeśli to pana interesuje, to powiem jeszcze, że bardzo się boję. Miałam takie marzenie, że jak będę pełnoletnia, kupię sobie mały, używany samochód i z pomocą znajomego przyjaciółki wmontuję tam ekologiczny silnik, a potem wyjadę z tą przyjaciółką, bo wiem, jak bardzo marzy jej się ucieczka z tego miasteczka i chcę pomóc jej spełnić to marzenie. Wiem, że sama tego nie zrobi, a przynajmniej nie teraz, bo nie potrafi odłożyć tyle, by kupić hulajnogę. A teraz boję się, bo jakieś wstrętne raczysko ośmieliło się zagnieździć w moim mózgu- po chwili jednak orientuję się w tym, co mówię i próbuję jakoś się z tego wycofać- Ale przepraszam. Zwykle tyle nie mówię, ale od kilku dni trzymam w sobie tyle strachu i okrutnych, smutnych myśli, że nie mogę już wytrzymać.
Patrzę na lekarza ze łzami w oczach. Czyli jednak nie wytrzymałam. Pozwoliłam emocjom popłynąć. On wciąż się uśmiecha i mówi:
- Wspaniale wychodzi ci przedstawianie się. Od razu przechodzisz do rzeczy.
Wybucham śmiechem pomieszanym z histerią. Jestem żałosna, przynajmniej w tym momencie.
- Właściwie to nie wiem, czemu panu to mówię. Choć, jeśli się zastanowić...- przerywam na moment, po czym znów podejmuję temat- Inne osoby, którym mogłabym to powiedzieć, są dla mnie zbyt ważne i nie chce ich zranić. A pan, bez urazy, jest mi czysto obojętny. No, może oprócz koloru pańskich włosów. Jest bardzo ładny, taki czysto kasztanowy.
- Nie chowam urazy. Ty również masz kasztanowe włosy- odpowiada.
- Ale moje włosy są kasztanowo- dębowe. A pana głowa wygląda jak czysty kasztan.
Lekarz śmieje się serdecznie, a ja zaczynam się trząść z rozpierającej mnie bezradności. Kompletnie nad sobą nie panuję. To nie jest normalne. Zwykle kontroluje każdy swój najdrobniejszy gest, każdą myśl i każde słowo. Nawet oddycham za własnym przyzwoleniem!
- Hej, Stephanie- mężczyzna szepcze, pochylając się nade mną.- Coś ci pokażę, pozwolisz?
Wstaje, pomaga mi zrobić to samo i ruszamy do wyjścia z gabinetu mężczyzny. Opuszczamy pomieszczenie, ruszamy korytarzami. Doktor Wood idzie o krok przede mną. Patrzę na niego uważnie, po kolei oglądając każdy kawałek jego postaci. Długie nogi odziane w jeansy z przetarciami, lekko odznaczające się pośladki, mięśnie na plecach ukazujące się pod napiętym fartuchem w postaci białej narzutki płaszczopodobnej, narzuconej na ramiona wysunięte delikatnie do przodu i nie zapiętej. Szeroka szyja nie pasująca do ogólnie chudej postaci. I ta kasztanowa głowa. Okrągła, dosłownie odrobinę wydłużona.
  Szybkim krokiem docieramy do dużego, jasnego pokoju o kremowych ścianach, w którym jest pełno małych chłopców o łysych głowach. Na moje oko są w przedziale wiekowym od sześciu do dziesięciu lat. Bawią się w głośny, wesoły sposób. Uroczy widok, ale po co miałam to zobaczyć?
  Lekarz bez słowa rusza dalej, a ja dołączam do niego. W innym korytarzu podchodzimy do szyby ukazującej wnętrze małego pokoiku, w którym znajduje się tylko łóżko, na którym leży schorowana, starsza kobieta, mała szafeczka i krzesło, na którym siedzi młoda kobieta w zaawansowanej ciąży. Ma spuszczoną głowę opartą o klatkę piersiową, zamknięte powieki i, zapewne, śpi. Rozczochrane włosy oraz sińce pod oczami wskazują na jej ogromne zmęczenie. Pan Wood wskazuje skinieniem głowy na staruszkę. Uważnie się jej przyglądam i widzę, że kobieta robi na drutach. Jej pomarszczone palce sprawnie poruszają drutami. Mam wrażenie, że bawi się włóczką; tak jakby przędza słuchała rozkazów wydawanych w myślach przez kobietę. Z zachwytem patrzę, jak z różowych 'nici' powstaje czapeczka. Okazuje się jednak, że kobieta nie poprzestaje na zwykłym, garnczkowatym kształcie; w góra pół godziny czapeczka dostaje uszu misia i zostaje ukończona aż po czubek. Zaczynam śmiać się bezgłośnie. To niesamowite! Cudowne. Czapeczka, różowa, z uszami. Dla maluszka, który przebywa tymczasowo w brzuchu śpiącej.
  Obracam się, by zobaczyć reakcję lekarza. Widzę, że trzyma on kubek z kawą w dłoni. Skąd go wziął?!
- Nie wiedziałem, co wolisz, więc...- zagaduje, wskazując na leżącą na podłodze przed jego stopami tackę z dwoma kubkami: jeden z kawą, drugi z herbatą, oraz cukierniczkę, dzbanek na mleko i łyżeczkę.
Schylam się i dodaję do herbaty łyżeczkę cukru i kapkę mleka. Podnoszę tacę, doktor stawia na niej swoją szklankę i odbiera ode mnie plastikową podstawkę.
- Och, jak ja dawno nie piłem bawarki! Teraz udamy się z powrotem do mojego gabinetu i wypijemy boskie napoje!
Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Wracamy tymi samymi korytarzami, którymi wcześniej kroczyliśmy. Nim wejdę za mężczyzną do jego gabinetu, do którego otworzyłam drzwi, łaskawie wyręczając jego zajęte ręce, spoglądam przez okna na korytarzu i widzę, że słońce pokonało już spory odcinek nieba. Ile więc czasu obserwowałam staruszkę robiącą na drutach?!
  - Ciekawi mnie, czy zrozumiałaś, czemu miała służyć ta wycieczka- mówi pan Wood, gdy już siedzimy na kanapie popijając gorące napoje.
Nie zastanawiałam się nad tym za bardzo. Teraz jednak w pośpiechu poszukuję sensownej odpowiedzi. Nie upewniając się co do sensu wypowiedzi, wypalam:
- Tego, że nie należy się poddawać. Że przeżyję i będę mogła dobrze się bawić. Oraz, iż mam dla kogo żyć.
- Nie do końca, Stephanie.
Nie? Szkoda. Zwykle chodzi o takie uniwersalne bzdety. A tu nie. No cóż, więc proszę mnie oświecić.
- Chodziło bardziej o życie z chorobą- spokojny głos mężczyzny dociera do mnie, ale jakoś nie chce zagnieździć się w moim umyśle.
- Czyli co? Mam się z tym nowotworem pogodzić?- pytam z wykrzywioną ironicznie twarzą.
- Nie! Broń Boże!- szybko tłumaczy doktor.- Wręcz przeciwnie! Masz protestować! Walczyć! Nigdy nie pozwolić temu nad sobą zawładnąć! Masz walczyć i wygrać. Nie oszukujmy się jednak; to śmiertelna choroba. Ale, jeśli umrzesz, odejdź z uśmiechem na twarzy i podniesionym czołem. Niech śmierć wie, że nie będzie jej z tobą łatwo.
Chyba doznałam lekkiego szoku.
- To trudne- szepczę jedyne słowa, jakie jestem w stanie z siebie wykrztusić w takim momencie. Przesłyszałam się, czy lekarz przed chwilą powiedział mi, że umrę?!- Chyba nie do końca rozumiem.
Mężczyzna bierze głęboki oddech i, wypuszczając oddech, zaczyna mówić:
- Chodzi o to, że w każdej chwili ktoś może umrzeć. Może tym razem to będziesz ty, może ja, a może osoba z drugiego końca świata, której, nawet jeśli przeżyje, nigdy nie będzie dane nam spotkać. Ale uwierz mi, niezależnie od tego, kto dzisiaj odejdzie, świat będzie kręcił się dalej. Ludzie nie przestaną pędzić ślepo przed siebie. Dzieci nie przestaną się rodzić. Nawet jeśli odejdę w tej chwili, zaraz ktoś zajmie moje miejsce. Ludzie wciąż będą umierać. Jeśli umrzesz za godzinę, to nie zdążysz się nawet poczuć samotna po drugiej stronie, bo natychmiast ktoś do ciebie dołączy i będziecie dalej gnać przed siebie, tyle że w innym świecie. Choć tu mogę się mylić: może Tam już nie będziemy tak pędzić. Może w końcu pozwolimy sobie odsapnąć. Nie ważne. Ważne jest to, że świat nie zawali się po naszym odejściu, więc nie ma sensu załamywanie samego siebie. Musisz powalczyć o to, by jeszcze trochę się tutaj nabiegać- lekarz akcentuje wyraz 'tutaj'. Chwilę milczy, po czym kontynuuje:- Życie dzieli się na sektory. No wiesz:
rodzina, szkoła, znajomi i tak dalej. Nowotwór to tylko kolejny taki sektor. Coś jak studia. Nie wszyscy chorują, tak samo jak nie wszyscy idą na studia. Rak pojawia się w życiu i znika. Albo się z tego wychodzi, albo z tym umiera. Nie możesz jednak pozwolić na to, by guz zajął całą twoją uwagę, wypchnął inne sektory z twojego życia. Musisz poświęcić mu uwagę, to fakt, ale pamiętaj o tym, co jeszcze masz. Musisz dobrze skończyć liceum. Trzeba pamiętać o urodzinach przyjaciółki. Mama na pewno zaraz wyskoczy z pomysłem wielkiego, ogólnodomowego sprzątania. I musisz poświęcić temu wszystkiemu czas i energię. Nie tylko choroba wymaga twojego zaangażowania. Nie pozwól rakowi, by pochłonął cię do reszty. Walcz z nim, jednocześnie żyjąc swoim życiem.
  Zapada cisza, przerywana miarowym dźwiękiem podeszew moich kapci uderzających w podłogę, gdy na zmianę lekko unoszę i opuszczam stopę. Za dużo tego. Niedawno miałam wstrząśnienie mózgu. Nie czuję się na siłach, na takie filozoficzne rozmowy.
  - Chłopcy, których odwiedziliśmy, wiedzą i doskonale rozumieją, na czym polega ich choroba. A jednak bawią się w najlepsze. Starsza pani, którą obserwowałaś jest niezwykle przejęta zbliżającym się terminem porodu jej córki i przygotowuje się do niego najlepiej, jak umie. Czapeczka to tylko jeden z wielu przykładów. Wiesz, dobrze by było, abyś również znalazła sobie rzecz, której możesz się trzymać. Coś, co będzie odwracać twoją uwagę od czarnych myśli- radzi mężczyzna.
  Nagle narasta we mnie wściekłość. Dlaczego on mówi mi, co powinnam robić i jak myśleć, skoro sam nie ma wypisanego wyroku śmierci w postaci śmiertelnej choroby?!
- Łatwo panu tak mówić- szepczę złośliwym tonem.
Nie słyszę odpowiedzi, ale za to doktor wstaje, podchodzi do biurka, jego dłonie nurkują w szafce, by po chwili wydobyć z niej plik dokumentów. Pan Wood wraca na kanapę i podaje mi papiery. Okazuje się, że są to zdjęcie i karta pacjenta. Uważnie oglądam zdjęcie nastolatka, łysego, zmęczonego na twarzy, lecz szczerze uśmiechniętego. Rozpoznaję w nim doktora. Po otwarciu karty pacjenta widzę dane osobowe Wood'a. Następnie mężczyzna przerzuca kilka kartek w trzymanej przeze mnie teczce i moim oczom ukazuje się karta z danymi dotyczącymi choroby, jej przebiegu, badań i leczenia. Białaczka.
- Uwierz, Stephanie, wiem, o czym mówię- mówi, uśmiechając się do mnie tak samo szczerze jak nastolatek na zdjęciu.

__________________________________________________
Wybaczcie za błędy. Nie chce mi się sprawdzać.

niedziela, 19 lipca 2015

Słodka trutka

       - Co u ciebie, Melaneczko?
Przez ostatnie dni codziennie odwiedzałam moją chorą przyjaciółkę, która udaje przy mnie silną, ale wiem, że wewnątrz krzyczy z rozpaczy, bo nie wie, co ma robić ani jak ma walczyć z pożerającym ją strachem. Tak w ogóle, ostatnio okazało się, że pękło jej jakieś naczynie krwionośne wewnątrz brzucha. Trafiła na stół operacyjny. Lekarze stwierdzili, że żyła musiała być wcześniej uszkodzona, a teraz 'zerwała się całkowicie'. Jak się tak głębiej zastanowić, wydaje się niemożliwe, by gruba nić, przez którą przepływa życiodajna, czerwona ciecz, pękając mogła spowodować aż tak silny ból, o jakim mówiła Stephie.
- Kochanie, słyszysz?
Podnoszę głowę znad starej, mocno zniszczonej książki.
- Pani o coś pytała?- udaję zdezorientowaną, mimo iż doskonale wiem, że to zrobiła.
- Chciałam wiedzieć, co u ciebie- ponownie mówi pani Bell.
Codziennie wracam do domu, po którym chodzę, obojętnie mijając mojego ojca. Nie rozmawialiśmy od pamiętnego wieczoru, kiedy mnie uderzył. Wciąż mam na twarzy siniak, który na szczęście nie jest już tak trudny do ukrycia. Szczerze, mam dość nakładania na siebie ton tapety, szczególnie, gdy widzę się ze Stephanie. Nie chcę, by dowiedziała się o całym tym zajściu; ma wystarczająco dużo problemów.
- Odrobinkę nudnawo- odpowiadam z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.- Szkoła, masa nauki i poszukiwania pracy na weekendy.
- A po co ci ta praca?- kobieta wydaje się być bardzo zdziwiona. Jakby to, że chcę pracować, było czymś niezwykłym i przynajmniej odrobinę nieprzyzwoitym.
- Chcę zaoszczędzić trochę własnych pieniędzy.
- Ach, no dobrze. Jeśli tak chcesz- czeka chwilę, a później znów przemawia, bardziej bojowym tonem:- Choć uważam, że nie powinnaś przejmować się pieniędzmi w tym wieku. Jesteś młoda, a młodość to czas zabawy.
Uśmiecham się do niej szeroko. Uwielbiam ją. To 84-o letnia kobieta, pulchna i niewysoka. Jej rumiana twarz pokryta wieloma zmarszczkami wydaje się spłaszczona, jedynie nos i niezwykle wypukłe usta odstają od reszty. Okulary w stylu kocich oczu z oprawkami w kolorze neonowej czerwieni sprawiają, że wydaje się jeszcze bardziej rumiana, niż jest w rzeczywistości. Jest emerytowana nauczycielką, która zajęła się miejscową biblioteką po tym, jak jej założyciel, Edward Cherry, zmarł. Teraz siedzi za swoim niewysokim biurkiem z lekkiego, brzydkiego drewna, na zwykłym krzesełku z podobnego materiału i uzupełnia ręcznie zapisany spis wszystkich znajdujących się w bibliotece książek.
- Wiem- odpowiadam.- I niech mi pani wierzy, staram się z niej korzystać jak najlepiej.
Odkładam zniszczoną książkę na wygiętą od ciężaru półkę i sięgam po następne 'wrota do wiedzy i świata wyobraźni'. Okładka wydaje się w porządku, ale wnętrze przedstawia smutny obraz zniszczenia. Kartki zostały zmoczone, posklejały się i porwały, wiele liter jest rozmazanych. Przygryzam wargę z powodu wstydu jaki przeszywa mnie całą, gdy myślę, że należę do gatunku, który pozwala na takie traktowanie książek.
        Prace społeczne rozpocznę za pół godziny. Dzieciaki w różnym wieku wpadną do niewielkiej biblioteki z piskiem i jednym, przeogromnym uśmiechem rozlanym na kilkunastu twarzyczkach. Kurtki zostawią na wieszaku stojącym w rogu tuż przy dwuskrzydłowych, skrzypiących drzwiach i ruszą dalej, brudząc błotem powstałym w skutek dzisiejszej porannej ulewy podłogę wyłożoną ciemnobrązowymi panelami. Na prawo od wejścia, równolegle do biurka bibliotekarki, znajduje się kącik dla dzieci. Niski, jasnoniebieski stolik obstawiony pięcioma krzesełkami wyglądającymi jakby należały do krasnoludków, dwie małe, włochate i jedna ogromna, gładka pufa- worek. Na stole kilka kartek, niektóre pokryte dziełami małych artystów, inne czyste, czekające na swoją kolej. Dodatkowo leży tu kilka pudełek kredek, odłamane rysiki i zagubiona rękawiczka. Pani Bell powiedziała mi, że zguba leży tu już od kilku miesięcy.
      Podchodzę do stolika, schylam się, by podnieść samotną kredkę z podłogi pod stolikiem i odkładam ją na niebieski blat. Przy tym zauważam rysunek; jeden, który przykuł moją uwagę spośród wszystkich innych; jeden wyjątkowy.
      Na białej kartce narysowano niebo pokryte różowymi chmurami, zieloną łąkę pełną kwiatów, drzewo, a na nim papugę bądź innego, niezwykle kolorowego ptaka (choć, właściwie, może to być zwykły wróbel, który według dziecięcej wyobraźni został powiększony i pokolorowany przez szalonego naukowca). Po trawie kroczą (o ile to możliwie na płaskim, nieskomplikowanym obrazku) dwie postaci: kobieta na bardzo wysokich obcasach, która trzyma za rękę maleńką dziewczynkę uczesaną w dwie kitki. Od razu poznaję, kto jest autorem. Charakterystyczna, przerywana kreska, bardzo niepewna i delikatna. Tylko jedna, niezwykle jasnowłosa dziewczynka zdecydowanie zbyt niewielka jak na swoje sześć lat dziewczynka rysuje w taki sposób. Zwykle z czasem uczymy się, jak rysować, jak prawidłowo pociągać kreskę kredką lub ołówkiem, by dobrze to wyglądało. Jednak w tej dziurze (wstrętne miasteczko) mieszka wraz z mamą Lola, dziecko, które ma wrodzony dryg do tworzenia dzieł (na razie na swój dziecięcy, niedoskonały sposób). Wspaniała dziewczynka, która lubi przebywać w moim towarzystwie. Ma ciężkie relacje z rówieśnikami, którzy naśmiewają się z niej, wykorzystując fakt, że jej tato zapił się na śmierć podczas służbowego wyjazdu. To naprawdę przykra sprawa.
     Mama Luli to bardzo zapracowana kobieta, która zawsze i wszędzie porusza się w wysokich, czarnych szpilkach. Jest współwłaścicielką firmy handlującej podróbkami markowych torebek. Cały czas zajęta, nieistniejąca bez komórki, jednak zawsze obecna, jeśli córka jej potrzebuje. Ewidentnie wie, że to rodzina jest dla niej najważniejsza i stawia ją na pierwszym miejscu, choćby nie wiem co. Wspaniała, silna osoba.
     Co mogę robić przez pół godziny? Pomysł złapania jakiegoś dobrego kryminału i wygodnego ułożenia się z nim na wielkiej pufie- worku rozwija się w moim umyśle coraz wyraźniej. To bardzo kusząca propozycja, ale... Pani Bell wciąż pochyla głowę z siwymi włosami nad stertą papierów. Pomarszczona ręka powoli przepisująca kolejne tytuły i numery przywodzi mi na myśl tylko jedno: zmęczenie.
- Proszę pani,- nie mogę jej tak zostawić z tą nużącą robotą- czy mogę pani jakoś pomóc?
- A chcesz?- zaskoczona kobieta podnosi wzrok znad biurka i spogląda na mnie.
- Z wielką przyjemnością się pani przysłużę- dobra, to chyba zabrzmiało odrobinę idiotycznie.
Jakby na potwierdzenie mojej obawy, kobieta cicho chichoczę, po czym mówi:
- W takim razie będę niezwykle wdzięczna, jeśli zechcesz zapisać kilka słów i cyferek.
Śmieję się, jednocześnie siadając przy biurku, na przeciw kobiety, biorę do ręki długopis z kubeczka w aztecki wzorek, który stoi na blacie i spoglądam wyczekująco na staruszkę.
- A więc...- zaczyna, przewracając kartkę w zeszycie, w który wcześniej wpatrywała się z wielką uwagą.
Następnie spędzamy 30 minut na : pani Bell- dyktowaniu tytułów i numerów książek, ja- zapisywaniu jej słów w odpowiednich kolumnach rozrysowanych na sztywnych, białych kartkach.
       Naszą wspólną pracę przerywają dźwięki otwierania drzwi, wesołych głosów i tupania. Tak jak przewidywałam, grupa uśmiechniętych dzieciaczków wpada do biblioteki przez ogromne, stare drzwi, zdejmuje i wiesza kurtki na stojaku. Chórem krzyczą 'Dzień dobry' i zajmują dziecięcy kącik. Kilka par ciekawskich oczu spogląda na mnie z wyczekiwaniem.
- Pozwoli pani, że przerwę naszą współpracę w odkrywaniu tego jakże niezwykłego szyfru prowadzącego do skarbu smoczych władców, by zaznajomić dziatwę tego zagubionego w angielskiej dżungli miasteczka z lekturą pożądaną i szanowaną, a mianowicie- urywam na moment, by spojrzeć na leżącą na brzegu biurka książce, po czym kontynuuję- 'Kotem Bruczynkiem i przyjaciółmi z farmy'?
Pani Bell zaczyna się śmiać, starsze dzieci również, natomiast dwoje najmłodszych spogląda na mnie z podziwem. Uwielbiam tak mówić do maluchów. Wystarczy pomyśleć, za jakiego geniusza uważają mnie w takich momentach, a od razu robi się cieplej na sercu i żołądku.
          Z przyjemnością rzucam się na ogromną pufę, wcześniej łapiąc książkę w dłonie. Dzieci uciszają się i bez zbędnych wstępów rozpoczynam odpracowywanie mojej kary. Książeczka nie jest długa, wręcz przeciwnie: 10 bogatych w rysunki stron. Czytanie trwało dosłownie chwilę. Teraz dzieci spoglądają na mnie z wyczekiwaniem.
- To co, urządzimy sobie konkurs?- pytam wesołym głosem.
- TAAAAK!- krzyczą entuzjastycznie.
- A więc, weźcie kartki, kredki i swoja wyobraźnię- w czasie, gdy mówię, maluchy szybko usadawiają się wokół stolika (niektóre siedzą na krzesełkach parami, inne stoją, pochylając się nad blatem.- Narysujcie najdziwniejszy obrazek, jaki tylko możecie wymyślić.
W ten prosty sposób udało mi się znaleźć dla nich zajęcie. Sama przysiadam ponownie do biurka bibliotekarki, by kontynuować spisywanie książek.
- A nagroda?- pyta kobieta.
Chwilę gorączkowo myślę, po czym sięgam do torebki, z której wydobywam tabliczkę czekolady. Miałam dać ją Stephanie podczas dzisiejszych porannych odwiedzin, ale lekarze zabraniają jej jeść większości normalnych posiłków ze względu na niedawne problemy z brzuchem. Dzieciaki, cieszcie się z jej niedoli, dostaniecie ten cudowny, brązowy, legalny narkotyk.
         Skupienie konkursowiczów, moje i pani Bell, wszechobecną ciszę oraz ogólny spokój przerywa dźwięk parkującego samochodu, trzaskania drzwiami pojazdu i podniesione, męskie głosy. Obydwa poznaję niemal natychmiast: pan Winter i Noah Johnson. Chwileczkę...Noah!!! Nie! Nie! Nie! Ja nie wyglądam odpowiednio! Mam na sobie rozciągniętą bluzkę z nadrukiem trupiej czaszki zbudowanej z monet i szare, wytarte jeansy. To zdecydowanie nie jest odpowiedni strój! Jeszcze te włosy! 'Rozszarpany' kok. Noah, idź sobie i wróć za pół godziny, jak wrócę z domu przebrana i uczesana.
        Drzwi otwierają się. Oczywiście wkracza przez nie nie kto inny, tylko Noah. Prosiłam, żebyś zaczekał! Za nim wchodzi pan Winter. Uważnie przyglądam się im obojgu. Policjant w mundurze, a chłopak w prostych jeansach i czerwono- czarnej koszuli narzuconej na szary podkoszulek. Obydwaj wyglądają na zmęczonych swoim towarzystwem.
- Mówię panu, że to zły pomysł!- Noah zwraca się do mundurowego.
- Ja uważam, że doskonały!- odpowiada pan Winter.- Wyciszysz się, zajmiesz czymś pożytecznym, a ja nie będę znów musiał uganiać się za tobą po zaułkach!
- Chcę przypomnieć, że nie należy wpraszać się do czyjejś biblioteki bez pozwolenia, a tym bardziej urządzać w niej remontu- chłopak przemawia tonem opanowanym i przepełnionym jadem złośliwości.
- O to się nie martw!
- Przepraszam, a mogę wiedzieć, o co chodzi?- wtrąca się pani Bell.
Policjant nagle kompletnie zmienia mimikę twarzy oraz głos. Wobec starszej kobiety jest uprzejmy i łagodny.
- Dzień dobry, miła pani. Witaj, Melanie- uśmiecha się, lekko kiwając głową.
Obie odpowiadamy na powitanie, po czym chór dzieci również wtrąca swoje 'Dzień dobry'. Policjant czeka chwilę i trąca Noah łokciem z bardzo wymowną miną.
- Dzień dobry- mruczy Noah, zerkając na bibliotekarkę z lekką niechęcią. Następnie kieruje spojrzenie na mnie. Momentalnie na jego twarzy pojawia się łobuzerski uśmieszek. Puszcza do mnie oczko, a ja czuję, jak moje policzki płoną. Proszę, niech ktoś powie, że wszyscy wkoło oślepli na chwilę; dosłownie dwie minutki, po tym czasie rumieńce powinny zblednąć.
        Oczywiście moja prośba nie zostaje spełniona. Czego innego mogłam się spodziewać. Ten wstrętny ideał wszystko widzi i szeroko się uśmiecha. Za co?!
- Droga pani Bell, czy nie uważa pani, że bibliotece przydałby się remont?- mówi pan Winter.
- Owszem, ale nie ma na to funduszy- szybko odpowiada kobieta.
- Jestem pewien, że można się bez nich obyć, a przynajmniej częściowo- policjant jest dziwnie tajemniczy.
Staruszka patrzy na mundurowego jak na osobę niespełna rozumu.
- Myślę, że można zacząć od drzwi- mężczyzna nie daje za wygraną.- Zawiasy są w opłakanym stanie, a schodząca farba nie zachwyca oczu.
Wymieniamy z panią Bell zdziwione spojrzenia. O co chodzi?
- Już tłumaczę- pan Winter w końcu decyduje się zlitować nad nami i pomóc wydostać się z labiryntu niewiedzy.- Noah chciałby zostać wolontariuszem. Wręcz marzy, by odremontować bibliotekę, z której książkową zawartością również chce się zapoznać.
Patrzę na chłopaka z niedowierzaniem. Jego spojrzenie jest skierowane na widok za idealnie czystym oknem. Z całą pewnością o tym marzy. Tak samo jak ja o spędzeniu całego życia w tej zabitej dechami dziurze.
- No nie wiem...- pani Bell nie jest zbyt chętna na przystanie na tą propozycję.
- Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności?- policjant zwraca się do kobiety, która kiwa głową na znak zgody.
          Po chwili oboje wychodzą z biblioteki, a ja zostaję z Noah i zawzięcie rysującymi dziećmi. Zapada niezręczna abstynencja od słów pomieszana z szmeraniem kredek o papier. Nerwowo bawię się pierścionkiem, Noah wciąż wygląda przez okno. To okropne. Nie mogę się przemóc, by coś powiedzieć, mimo że zwykle nie mam z tym najmniejszego problemu. Boję się palnąć coś głupiego.
          Na całe szczęście, ciszę przerywa sześciolatek w rurkach w granatowo- czarną kratkę.
- Melanie, skończyłem- mówi, pokazując mi rysunek.
Biorę kartkę do ręki, uważnie oglądam dzieło, po czym odkładam je na biurko bibliotekarki.
- Dobrze, zaczekamy teraz na resztę prac i wtedy rozstrzygniemy konkurs, dobrze?- uśmiecham się do małego rudzielca.
Noah odwraca wzrok od szyby i spogląda na mnie.
- Co?- pytam z nutą rozbawienia w głosie.
- Nic- śmieje się.- Po prostu patrzę na ciebie, Melanie.
Matko, jak on pięknie wymawia moje imię! Ludzie, zaraz obleję się rumieńcem! Cała! Dosłownie! Jestem przekonana, że moje stopy już stały się czerwone!
- Coś się stało?- pyta.
Nie rozumiem o co chodzi. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nieświadomie opuściłam głowę, jednocześnie  chowając ręce za siebie. Na prawdę aż tak się stresuję w jego obecności?!
- Nie!- krzyczę, ciut za głośno. Przekładam ręce z powrotem do przodu i podnoszę wzrok na chłopaka.
- Spokojnie- unosi dłonie w geście obronnym.- Tylko pytam.
- Przepraszam, ja tylko...
Nie wiem, co powiedzieć. Pomocy!
- Nie ma sprawy. Mam kumpla, który też jest nieśmiały- uspokaja mnie Noah, a ja mam ochotę uderzyć się w czoło.
Czyli teraz przyszło mi udawać nieśmiałą. Wspaniale!
          Pojawiają się kolejne rysunki od niecierpliwie czekających na nagrodę dzieci. Kiedy ostatnia dziewczynka przynosi mi swoje wyjątkowo skomplikowane dzieło, do stworzenia którego użyła jedynie żółtego koloru, rozkładam wszystkie prace na biurku, jedną obok drugiej, i uważnie oglądam wszystkie po kolei. I co. mam wybrać jedną? Przecież one wszystkie są cudowne. W każdą została włożona taka ilość pracy, tyle dziecięcych chęci i nadziei. Nie jestem w stanie wybrać zwycięzcy, a, niestety, mam tylko jedną czekoladę.
- Pomożesz?- zwracam się do Noah 'a.
Chłopak pochyla się nad biurkiem i uważnie lustruje mozaikę dziecięcej wyobraźni.
- Mam wybrać?- pyta dla upewnienia.
- Najoryginalniejszą, najładniejszą, najciekawszą- mówię.- Tą, która zasługuje na zwycięstwo.
- Mówisz o tym bardzo poważnie, wiesz?
- Bo idzie o czekoladę.
Ucieleśnienie Moich Marzeń śmieje się. To dobrze, przynajmniej on nie odczuwa kompletnego skrętu żołądka, który męczy mnie, odkąd zobaczyłam Mój Ideał w drzwiach biblioteki.
- Moim zdaniem wszystkie zasługują na nagrodę- ocenia chłopak.
Dzieci niecierpliwie czekają na mój werdykt. Kilkoro zaczęło przebierać nogami.
- Myślę, że Noah ma rację- w końcu wyzwalam dzieciaki z niepewności.- Czy taka decyzja wam odpowiada?
Maluchy zgodnie kiwają głowami. Otwieram więc opakowanie ze słodkim przysmakiem, łamię czekoladę na kawałki i dzielę między konkursowiczów. Dodatkowo i Noah, i ja dostajemy po kostce. Uroczo.
- Organizujesz dzieciakom jakąś świetlicę, czy jak?- pyta wytatuowany chłopak.
- Czytam im bajki, a dziś, jako że opowiastka okazała się za krótka, zorganizowałam im konkurs- tłumaczę, a gdy widzę jego lekko zdziwioną minę dodaję- Lubię dzieci. A przy okazji, muszę im czytać. To w ramach prac społecznych.
Chłopak uśmiecha się i szepcze:
- Niegrzeczna dziewczynka?
- Nie przesadzajmy. Ja tylko lubię się zabawić od czasu do czasu.
Uśmiechamy się do siebie bez słów. Ta chwila nie trwa długo. Zakłóca ją powrót policjanta i bibliotekarki.
- No, chłopaku! Od jutra będziesz tu codziennie przychodził o godzinie 9 i pracował nad odrestaurowaniem biblioteki- informuje pan Winter.
Noah robi szerokie oczy.
- O 9?! Codziennie?!- w jego głosie słychać prawdziwą rozpacz.
Za wszelką cenę pragnę powstrzymać złośliwy uśmieszek wypełzający na moje jasnoróżowe usta. Melanie, nie śmiej się z załamania twojego ukochanego, nie wypada, karcę się w myślach.
- Tak! Będziesz tu PRACOWAŁ, uczciwie i najlepiej jak potrafisz, od 9 do 15!- policjant zaczyna się denerwować.
- Ludzie- szepcze chłopak, po czym dodaje głośniej- Do kiedy ma tu PRACOWAĆ?
- Do dnia, w którym odrestaurujesz wewnętrzną i zewnętrzną część budynku!- krzyczy mundurowy.
- Spokojnie- wtrąca się bibliotekarka.- Po co te nerwy?
- Faktycznie- mówi już zupełnie spokojnym głosem stróż prawa.- Pani Bell będzie składać mi relacje z twoich postępów. I od razu uprzedzam cię, chłopcze! Jeśli zignorujesz te prace społeczne, osobiście przyjadę wraz z całym oddziałem pod twoje mieszkanie. Jeśli tam cię nie znajdę, przeszukam każdy klub, melinę, zaułek, podziemie i każde miejsce, w którym możesz być ty lub twoi koledzy. Obiecuję ci, że nie przymknę oka na żaden nielegalny alkohol, miligram narkotyków czy papierosy palone przez nieletnich. Wyłapię wszystkich, których dam radę o coś oskarżyć i zamknę, zaznaczając, że to ty mnie sprowokowałeś do przeprowadzenia kontroli miasta.
Noah wymownie przewraca oczami.
- Dobrze, szeryfie- wytatuowaną ręką wykonuje gest salutowania.
Pan Winter ignoruje kpiące zachowanie chłopaka. Domyślam się, że doprowadza go ono do pasji, ale ze względu na starszą kobietę, która przed chwilą usiadła za biurkiem, oraz mnie i dzieci bacznie przyglądające się całej sytuacji powstrzymuje się od ostrej reakcji.
- Wracamy- zarządza policjant, kiwając głową na Noah 'a
Chłopak głośno i wyraźnie mówi 'Do widzenia', uśmiechając się do pani Bell. Następnie podchodzi do mnie, nachyla się i cmoka mnie w policzek. W między czasie udało mi się zauważyć, jak sięgnął po coś do kieszeni. Słyszę jego przewspaniały głos tuż przy moim uchu:
- Melanie, dzięki za pomoc potrzebującemu więźniowi na komisariacie.
Czuję, jak wciska mi do dłoni mały przedmiot o wydłużonym, owalnym kształcie. Zaciskam palce na podarku. Ciało chłopaka odsuwa się od mojego, a ja natychmiast wypuszczam z ręki trzymany w niej od dłuższego czasu telefon, po czym schylam się po niego z tempem odrzutowca latającego na ekologicznym paliwie rakietowym produkowanym z bananów. Robię to po to, by ukryć płomienie, które wylały mi się na twarz, gdy Noah dotknął mojego policzka swoimi wargami.
            Policjant i 'więzień' wychodzą z biblioteki. Dzieci wracają do swoich zabaw. Pani Bell bierze do ręki długopis. Chyba kontynuuje wcześniej przerwane spisywanie książek. Ja natomiast, dalej klęczę na podłodze przed biurkiem, z pochyloną głową, tępo wpatrując się w leżący obok mnie telefon. Naglę dostaję olśnienia. Zwracam wzrok na własną zaciśniętą dłoń i powolutku rozprostowuję palce. Tajemniczym podarkiem okazuje się papieros. Zwykły papieros. Taki sam, jakim podzieliłam się z Noah 'em, gdy wystawał przez okno komisariatu. Oddał pożyczkę. Co ciekawe, ja nawet nie myślałam o tym jak o pożyczce.
           Papieros. Śmierdząca trucizna. Krótki całus, który miał ukryć podanie mi szluga. Czyli to był buziak zabarwiony tytoniem. Słodka trutka.
         Obstawiam, że rumieniec na moich policzkach jeszcze długo nie zblednie.


_______________________________________________________________________
Witajcie kochani Czytelnicy (może poprawniej by było: 'Czytelniczki'?)!
Trochę długo musieliście czekać na ten rozdział. Przepraszam Was za to.
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Może nie ma tu bardzo dużo akcji. Zaliczcie ten tekst jako taki 'Przejściowy'. No chyba, że Wam się podoba.
Czy taka długość rozdziałów Wam odpowiada?
Proszę o KOMENTARZE!
Mam do Was prośbę. Napiszcie mi proszę, czyją narrację chcecie zobaczyć w kolejnym rozdziale. Mam wyjaśnić jakąś zaległą sprawę? Proszę, pomóżcie mi wybrać :)
Pozdrawiam =]

środa, 3 czerwca 2015

Jestem jak narkotyk!

Dobra, może wyjaśnię co u James'a i Amber. Ale...Z punktu widzenia...Kogo? Hmm...komu przypadnie zaszczyt relacjonowania tej sytuacji? No to...James!

_______________________________________________________________________

          Mam wrażenie, że na mój brzuch został zrzucony sejf pełen kowadeł. Moje żebra. Chyba zmieniły ułożenie o 180 cholernych stopni! Kto wymyślił kopanie w klatkę piersiową i brzuch! Autorami tego 'elementu bójek' musieli być członkowie jakiegoś koła zrzeszającego aktywnych katów. Ale boli! Czuję, jak w moich oczach zbierają się łzy. Kurczowo zaciskam powieki. 'Nie rycz, idioto! Nie bądź słaby! Nie raz oberwałeś w bójce i nie płakałeś. Teraz też tego nie zrobisz! Ale boli! O matko! Ale boli! Boli! Boli! Boli! Boooooooooli! AAA! Zaraz zeświruję!'- myślę.
       Nie mogę się ruszyć. Każde najmniejsze drgnienie, ucisk na jakiś mięsień lub kość potęguję ból, który odczuwam. Chyba nie wytrzymam.
         Ci goście, którzy tak mnie załatwili już dawno (właściwie to kilka okrutnych, wleczących się minut temu) sobie poszli. Amber gdzieś znikła. "No ej, tak jej zależało, żeby dali mi spokój, tak chciała mi pomóc, a teraz, kiedy potrzebuję jej jak nie wiem co, ona znika!' Całą uwagę skupiam na myśleniu o niej, by nie odczuwać bólu z taką siłą jak dotychczas, gdy o nim myślałem. Nie jest to bardzo pomocne, ale co zrobisz?
        Nie widzę co dzieje się wokół. Nie słyszę też nic poza moimi własnymi jękami. Nagle cała moja uwaga skupia się na pewnym elemencie otaczającej mnie przestrzeni (Amber często używa takich dziwnych określeń, przez co ja również zacząłem tak gadać). Nie ból, nie łzy, nie beznadziejność moje sytuacji, ale delikatna, chuda, odrobinę koścista i niewyobrażalnie zimna dłoń mojej dziewczyny gładząca mnie po czole sprawia, że na moment przestaję myśleć o czymkolwiek innym.
- Spokojnie- słyszę jej cichy, kojący szept.- Staraj się uspokoić oddech.
Słucham?! Niby jak mam to zrobić?! Zdaje mi się, że się duszę, a ona każe mi uspokajać oddech! Brawo, cóż za genialny pomysł!
-Co?!- mówię. Chwila! Nie, nie mówię! To bardziej brzmiało jak dźwięk psującego się silnika. Silnika?! Źle ze mną, nawet bardzo.
- Staraj się oddychać równomiernie- ona się wcale nie zraża.- Powiedz mi, czy jesteś w ogóle w stanie wziąć w miarę głęboki oddech?
Bardzo śmieszne. Naprawdę. I co jeszcze?! Zrobić salto zakończone szpagatem? Żaden problem!
- Nie- wydaje z siebie niewyraźne burknięcie.
- Chodź. Pomogę ci wstać. Musisz dojść do kanapy- odpowiada Amber.
Dlaczego?! Podłoga jest cholernie niewygodna, ale wizja podniesienia się mnie przeraża. Może nawet nie sama wizja podnoszenia się czy bólu, ale tego, że mogę się przewrócić.
- Dalej, nie ociągaj się- zagrzewa mnie dziewczyna.- Sama nie dam rady cię podnieść.
Bierze mnie pod ramię i lekko ciągnie w górę. Zaciskam mocno szczękę i uruchamiam wszelkie pozostałe rezerwy sił i samozaparcia, by stanąć na nogach. Udaje mi się! Nie jest tak źle, pomijając niewyobrażalny ból. Przynajmniej nie upadłem.
         Ona zarzuca moją rękę na swoje ramiona, obejmuje mnie w pasie i prowadzi w stronę brzydkiego tapczanu. Wszystkie te czynności wykonuje bardzo delikatnie i powoli. Do pokonania odległości kilku metrów używam tylu pokładów sił co maratończyk do przebycia cholernych 42 km! W końcu docieram do kanapy, na którą upadam z hukiem. Zaciskam powieki, powstrzymując łzy. 'Nie rycz!'- karcę się, jednocześnie myśląc o tym, że wszystko mnie strasznie boli.
        Po chwili dowiaduję się, gdzie podziewała się Amber, gdy ja zdychałem na jej dywanie. Przyniosła do salonu małą miskę wypełnioną wodą, ręcznik i apteczkę, której ja bym chyba nigdy nie znalazł, mimo, że często z niej korzystam. Zawsze Ambi mi ją przynosi.
         Obraca mnie twarzą do sufitu, szepcząc kojącym głosem, że zaraz będzie lepiej. Dobre sobie, będzie boleć przez najbliższe tygodnie. Następnie dość niezgrabnie zdejmuje ze mnie skórzaną kurtkę. Ludzie, jak boli! Niepewnie podwija mój T-shirt, przygląda się przez moment moim ,zapewne, obrzydliwie wyglądającym siniakom. Ambi jednak nie krzywi się, nie odwraca wzroku. Równie pewnie zaczyna wycierać i opatrywać mój krwawiący, rozcięty łuk brwiowy, który bardziej ucierpiał przez upadek niż od ciosów. Bardzo imponuje mi tym, że nie odrzuca jej widok krwi, złamań, sińców, itp. Spokojnie można z nią oglądać krwawe horrory.
        Kiedy już na mojej twarzy znajduje się starannie naklejony plaster, powtórnie podnosi koszulkę ukrywającą sińce na moim brzuchu i klatce piersiowej. Chwilkę się zastanawia.
- Ręce do góry- mówi w końcu.
Z ociąganiem i jękiem, unoszę wybrane przez nią kończyny. Po dosłownie dwóch sekundach nie mam na sobie T-shirtu. Nawet nie zdążyłem jęknąć.
- Boję się, że...- urywa, ale wiem, że i tak dowiem się o tej okropności, którą ma na myśli. Taka już jest. Potrafi dobić leżącego.
Przygryza wargę, ale zaraz przestaje.
- Na pewno masz połamane żebra. Ale istnieje ryzyko, że przebiły ci one płuco. Dlatego pytałam o ten oddech.
To faktycznie brzmi dość groźnie. Otwieram szerzej powieki i wpatruję się w jej zmartwioną twarz. Mimo bólu i zmęczenia zwracam uwagę na maleńką zmarszczkę, która pojawia się między jej brwiami, gdy nad czymś gorączkowo myśli. Zawsze zauważam tę drobną niedoskonałość na jej twarzy. Lubię ją, jest zabawna. Ciekawie współpracuje z włosami w kolorze smoły, obciętymi i ułożonym na 'jeża'. Do tego te pełne usta. Wszystkie laski z jej studiów zazdroszczą jej tych ust. Nie musi ich malować. Nie musi myśleć o żadnych operacjach plastycznych. Są naturalnie idealne, i kształtem, i kolorem.
          Patrzenie na nią mnie uspokaja. Nie myślę tyle o bólu. Aczkolwiek jest on cholernie wszechobecny! Zastanawiam się, jak mam stwierdzić, czy żebro przebiło mi płuco. Nie powinienem tego przypadkiem poczuć? Jakieś duszenie, kłucie, cokolwiek?! Jak na razie jest tylko jednostajny ból, który doprowadza mnie do szewskiej pasji, jednak on jest taki sam w każdej obitej części ciała.
- James, musisz iść do szpitala- szepcze Amber.
- Wierzysz, że dam radę gdziekolwiek dojść?- pytam sarkastycznie.
Patrzy na mnie tym jasnym, jednoznacznie mówiącym spojrzeniem. 'Kpisz sobie ze mnie? A może rzeczywiście jesteś takim idiotą?'- odczytuję jej z twarzy.
- Wiesz o co chodzi. Musisz JECHAĆ do szpitala- odpowiada, akcentując wyraz 'jechać'.
Obracam głowę, spoglądając w sufit.
- Nie chcę do szpitala- mówię w dziecinny sposób. Gdy tylko orientuję się jak głupio to zabrzmiało, zaraz dopowiadam:- To nie jest dobry pomysł. Jak wytłumaczę te obrażenia? A lekarze mogą kazać mi zostać w szpitalu.
Chyba jednak nadal brzmiało to dziecinnie. Słabo.
- Mam głęboko gdzieś, czego chcesz, a czego nie. Przed chwilą do naszego mieszkania wtargnęły jakieś zbiry, które stłukły cię na kwaśne jabłko, a ty nie chcesz jechać do szpitala, mimo, że jesteś bliski wyzionięcia ducha! I ja mam cię słuchać?! Jeszcze czego! Jedziemy do szpitala, i tyle.
Na siłę wciska moje ręce w rękawy koszulki, po czym, trzymając kołnierz nad moją głową, dodaje spokojniejszym tonem:
- Zawsze możesz się wypisać na własne życzenie.
W dość gwałtowny sposób zakłada mi koszulkę przez głowę, a ja syczę z bólu. Ona jednak nawet nie zwraca na to uwagi. Szybkim ruchem podciąga mnie w górę i sadza, opierając o twarde oparcie kanapy. Jęk wydobywa się z moich ust, a Amber zakłada mi kurtkę.
- Wstajemy, kochanie- mówi złośliwym tonem.
Chcę się kłócić, ale nie mam na to sił. Z resztą, wiem, że ma rację. Z całą pewnością przyda mi się wizyta u lekarza.
       Droga do drzwi wyjściowych, mimo, iż wydawała się straszna, była dopiero wycieraczką przed drzwiami prowadzącymi do prawdziwych katuszy. Dalej czekała klatka schodowa. Za co?
- Ambi, przeprowadzamy się do parterowego domku- mówię z kwaśną miną.
Kobieta, na której opieram się prawie całym ciężarem ciała, chichocze. Dobrze, że chociaż jej jest do śmiechu.
        Każdy stopień to nowy poziom męki. Może nie z powodu bólu, a raczej przekonania, że zaraz się przewrócę i stoczę po cholernych stopniach, przy okazji przewracając moją dziewczynę. Chwila, chwila! Gdzie ona ma kurtkę? Przecież jest zimno!
- Ej, ty nie masz kurtki- mówię szybko, zatrzymując się w połowie wysokości schodów.
Ona patrzy na mnie jak na nienormalnego. Jeszcze trochę, a dostanie wytrzeszczu oczu.
- Musisz wrócić- upieram się, mimo, że jej spojrzenie już zdążyło mnie skorcić za wspomnienie o okryciu.
- Zwariowałeś!- chyba się wnerwia.
- Możliwe. A teraz wracaj, bo jeszcze zmarzniesz.
Jestem przekonany, że znalazła uciechę w gwałtownym popchnięciu mnie na ścianę. Starając się zachować obojętną twarz, łapię się poręczy schodów, jednocześnie zaciskając zęby, by zatrzymać jęk bólu.
          Po krótkiej chwili słyszę trzask zamykanych drzwi, dźwięk klucza przekręcanego w zamku i niosący się echem po całej klatce schodowej stukot czarnych szpilek, na których czubkach własnoręcznie domalowała krwistoczerwone usta. Ciekawy pomysł, tylko po jaką cholerę?!
          Amber zakłada sobie moją rękę na szyję. W milczeniu docieramy do samochodu. Pomaga mi wsiąść na miejsce pasażera, po czym z hukiem zamyka drzwi, obchodzi samochód, wsiada za kierownicę, odpala i rusza z takim gazem, że wbija mnie w fotel. Kolejna fala bólu rozchodząca się od żeber, aż do ramion i bioder. No ludzie!
- Co jest?!- nie wytrzymuję.
Patrzy na mnie. W oczach ma ukrytą wściekłość.
- Mogę wiedzieć, o co ci chodzi?! Czy to sprawa z gatunku: 'Jestem na ciebie wściekła, i będę wściekła, aż się nie zmienisz, ale nie powiem ci, o co mi chodzi i będę się dalej wściekać, bo dalej się nie zmienisz'?!- krzyczę, zaciskając dłonie w pięści.
- Hmm, pomyślmy! Napadło cię dwóch zbirów pod dowództwem karła, mniemam, iż cudem powstrzymali się od zdemolowania mieszkania, mogli cię zabić, a ty w pierwszej kolejności zabraniasz mi dzwonić po policję! Wiesz co?! Bardzo się cieszę! Wspaniale! Cóż, chcę by tak wyglądała nasza wspólna przyszłość! Będziesz codziennie dostawał po mordzie, a ja będę cię siłą ciągała po szpitalach! I będzie wesoło! A jak zabawnie!- szczerze, nie wiedziałem, że planuje naszą wspólną przyszłość. Sam naprawdę rzadko myślę o przyszłości, więc to lekki szok dla mnie. A szczególnie taka propozycja mnie nie zachwyca.
- Bardzo zabawnie! Tylko w tej wizji ma być parterowy domek!- odpowiadam.
- Wiesz, James, jesteś największym palantem, jaki kiedykolwiek chodził po tej planecie- nagle Amber zmienia ton; z krzyku przechodzi na normalny głos. Warte zauważenia jest również to, że słowa, które wypowiada, są przesycone złością i nienawiścią.
- Więc czemu wciąż ze mną jesteś?!- nadal krzyczę.
- Nie wstyd ci czasem?- odpowiada cicho. Jednak jej dalszy ton nie jest już tak łagodny-Wykorzystujesz mnie, ranisz, uważasz, że nie musisz o mnie dbać czy walczyć, żebym z tobą była. Tak jakby wytrzymywanie twoich powalonych przygód polegających na obijaniu mordy, wrzaskach i ćpaniu było moim obowiązkiem!
- Obowiązkiem- powtarzam ze złośliwym uśmieszkiem.
           Z mojego punktu widzenia cały nasz związek wygląda inaczej. To nie polega na walce o drugą osobę, na staraniu się, ani na żadnych obowiązkach. Według mnie opiera się to na moim bycie i jej uzależnieniu ode mnie. Może wyraz 'uzależnienie' brzmi odrobinę zbyt drastycznie w odniesieniu do związku dwojga ludzi, ale uważam, że trafnie oddaje to, co nas łączy. A może nie łączy, ale 'przytrzymuje' przy sobie. Bo tak naprawdę, biorąc pod uwagę chociażby ilość naszych kłótni, już dawno temu powinniśmy się rozstać.
         Odwracam wzrok, jednocześnie pozwalając by na moją twarz wypełzł złośliwy, kpiący uśmieszek.
- James, ja mówię poważnie- Amber ma żal w głosie.
- Słuchaj, jestem poważny. Poważniejszy niż kiedykolwiek! Mój drwiący uśmiech jest najszczerszą reakcją, na jaką mogę sobie pozwolić. Bo widzisz, masz rację! Nasz związek od dawna nie powinien istnieć! Możesz mi grozić, że odejdziesz, ale ja wiem, że to nieprawda. Gadaj, co chcesz! Nie zostawisz mnie! Wiesz czemu?!- dobra, w tym momencie ostro mnie ponosi- Bo nie możesz! Nie wytrzymasz beze mnie!
- Tak myślisz?!- moja dziewczyna się wkurza.
- Jak najbardziej! Kochanie, uświadom sobie, że stałem się taką częścią twojego życia, iż beze mnie nie dasz sobie rady! Jestem jak narkotyk!
Amber patrzy na mnie jak na uciekiniera z psychiatryka. Po chwili jednak znów kieruje wzrok na drogę. Bierze głęboki oddech, skupia na czymś wzrok. Nagle gwałtownie skręca, wciska hamulec i po paru niewyobrażalnie bolesnych dla mnie skrętach kierownicy stajemy na zjeździe przy przystanku autobusowym.
- Wysiadaj- mówi drżącym z wściekłości głosem.
- Co?!- reaguję natychmiast.
- Wysiadaj. Wynoś się z samochodu- myślę, że kończy, lecz po chwili namysłu znów podejmuje- i z mojego życia.
Siedzę lekko otępiały. Spodziewałem się różnych reakcji na moje słowa, ale nie czegoś takiego. Dziewczyna sięga do kieszeni, wyciąga kilka drobniaków, podaje mi szybkim ruchem ręki, mówiąc:
- Na autobus. Dowieź się do szpitala, przyda ci się badanie lekarskie.
Nie do końca łapię, co się dzieje.
- No wysiadaj. Na co czekasz?- w tonie jej głosu przebija się obojętność.
- Nie mam zamiaru nigdzie wysiadać!- krzyk to jedyne, na co stać mnie w tej chwili.
- To mój samochód. A ty z niego wysiądziesz.
- Jeszcze wczoraj to był nasz samochód!
- Bo wczoraj byliśmy parą.
- A teraz to niby nie jesteśmy!
- Nie. Nie jesteśmy. Jeśli potrzebujesz oficjalnego potwierdzenia, to słuchaj uważnie: Zrywam z tobą.
- Śmieszna jesteś!- stale krzyczę.
- Wysiądź z auta.
- A proszę!- gwałtownie wysiadam, zaciskając zęby z całej siły, byleby tylko nie okazać słabości jaką mogłaby być moja reakcja na niewyobrażalny ból. Chyba tylko adrenalina buzująca we krwi pozwala mi wciąż utrzymywać się na nogach.- Zadowolona?!
- Zamknij drzwi- odpowiada beznamiętnie.
- Ciekawe, za ile wrócisz, błagając mnie o to, żebyśmy wrócili do siebie! Tydzień?! Dzień?! A może godzinę, co?!
- Zamknij.
Trzaskam drzwiami, patrząc jej w oczy. Wzrokiem rzucam pioruny. Ona jednak pozostaje niewzruszona na moją wściekłość.
          Widzę, jak odwraca twarz. Słyszę pisk opon szybko ruszającego auta. Czuję ból; ogromny, promieniujący z klatki piersiowej do kończyn. Czuję również coś innego... Zimno monet spoczywających w mojej rozgrzanej do czerwoności dłoni. Gotuję się w środku, lecz gniew zostaje lekko stłumiony skrzekiem jakiejś starej baby:
- Złaź z podjazdu! Gdzie wjedzie autobus! Nie możesz go opóźniać!
Kości w moich zaciśniętych palcach zaraz pękną. Ku własnemu zdziwieniu jednak, zamiast wrzasnąć na tę staruchę, obracam się i chwiejnym krokiem podchodzę do ławki przy przystanku. Ból przypomina o sobie przy każdym oddechu. Jest mi coraz bardziej niedobrze. Ta baba gapi się na mnie wyłupiastymi ślepiami. Świetnie, po prostu cudownie! Amber, cholera, nie mogłaś wybrać sobie innego momentu na fochy?!
           Jak ja mam dotrzeć do szpitala? Kiedy będzie autobus? Kompletnie się w tym nie orientuję. Nigdy nie zwracałem na to zbytniej uwagi, bo wszędzie przemieszczałem się autem, oficjalnie należącym do Amber, ale w rzeczywistości użytkowanym przez nas oboje. Nie spytam tej wstrętnej jędzy; prędzej zdechnę na tym przystanku!
           Z każdą chwilą czuję się coraz gorzej. Pojedyncze powiewy chłodnego wietrzyku rozbudzają mnie, co przyczynia się do tego, że wszystko, z bólem na czele, jest jeszcze wyraźniejsze. Wcześniej odrzucałem od siebie świadomość tego, ale teraz powoli godzę się z tym, że od dłuższego czasu odczuwam głód. W moim umyśle uparcie przebija się myśl, która brzmi wyjątkowo idiotycznie, ale oddaje dokładnie to, czego potrzebuję: 'Koka!!!'. Skąd ją wziąć?! W tym stanie nie dam rady dotrzeć do znajomych, którzy są w posiadaniu narkotyku. Na dodatek nie mam forsy, a nie dostanę od nich kolejnej działki 'gratis'. Cholera!
          Przestaję zastanawiać się nad dotarciem do szpitala. Ból żeber również odchodzi na drugi plan. Teraz najważniejszy jest sposób, w jaki zdobędę kokainę. Ogarnia mnie kompletna desperacja.
- Oszalałem- szepczę, gdy z trudem sięgam do kieszeni kurtki i wydobywam z niej komórkę.
Starucha zerka na mnie z nienawiścią i niedowierzaniem. Co ja jej zrobiłem?!
        Kilka razy dotykam ekranu telefonu opuszkami palców. Przymykam oczy i przełykam ślinę. Otwieram powieki. Na wstrzymanym oddechu wybieram odpowiedni kontakt, przykładam komórkę do ucha, a gdy po kilku sygnałach słyszę po drugiej stronie męski głos, mówię:
- Johnson? Mam sprawę...
___________________________________________________
Ten rozdział jest taki sobie. Wybaczcie.
Proszę o komentarze. Piszcie, co Wam się podoba, a co nie.
Pozdrawiam=]

wtorek, 26 maja 2015

Ogłoszenie- prośba

  Cześć! Jakiś czas temu na blogu pojawiła się ankieta dotycząca braków w opowiadaniu. Oddany został tylko jeden głos, mówiący, że jest za mało akcji. Okey, dziękuję za ten głos, ale jednocześnie mam prośbę. Kieruję ją do głosującego i do wszystkich. Otóż chodzi o to, że potrzebuję Waszej oceny co do tego, jakiej akcji brakuje. Czy chodzi tu o, np. jakieś mniej ważne, a pozytywne wydarzenie, czy może coś, co zrobi diametralną różnicę w całej historii?
  Proszę Was bardzo o napisanie, o co dokładnie chodzi, czego dokładnie brakuje. Jakiego rodzaju akcji?
  Proszę, naprawdę, to ważne! Może już w następnym poście uda mi się zapełnić ten konkretny brak. Tylko pomóżcie!
  Dzięki temu uda mi się choć w małym stopniu udoskonalić to opowiadanie.
  Uwierzcie mi, klawiatura nie pali! Komentarz nie musi być długi. Macie niepowtarzalną okazję nawtykać mi za błędy i ogólnie wszystko, co Wam przeszkadza.
   Już z góry dziękuję za każdy odzew. Co do następnego rozdziału, już zaczęłam, ale nie chcę obiecywać konkretnej daty wstawienia, bo może mi się nie udać dodać na czas.
  Pozdrawiam=]